W ogniu wydarzeń, a właściwie tuż obok

Zapowiadał się spokojny wieczór. Pies punktualnie przed 22.00 postanowił się położyć na fotelu. Kot też krążył, by iść spać. Ja i brat również.

Po chwili słyszę, że brat rozmawia z kimś na klatce schodowej. Wychodzę z pokoju, komunikat: zalewa sąsiadów, woda się leje, a pani sąsiadka nie otwiera. Z naszego balkonu widać tylko tyle, że ciemno i nic więcej.

Mija parę minut i słyszymy syreny. Dwie straże pożarne, jedna ze zwyżką. Panowie pukają także do nas, więc ja idę do psa, by go uspokoić i siedzę w pokoju. Brat odpowiada na pytania, udostępnia balkon.

Zwyżka nie podjedzie.

Pani sąsiadka nadal nie otwiera.

Zawór zamknęli, a woda wciąż się leje...

Czekamy na policję.

Robi się atmosfera, jak w kryminale. Opcje są dwie, albo sąsiadki nie ma, albo zasłabła. Czekamy. Przyjeżdża policja. Strażacy zaczynają rozwalać drzwi. Kto by pomyślał, że stare drzwi są aż tak wytrzymałe (!), a wydają się takie cienkie.

Łup, łup, łup...

W końcu mogą wejść.

Policjanci podobno założyli białe rękawiczki.

Mnie brat informuje przez messengera, co się dzieje.

Wstrzymujemy oddech.

Ufff..... w mieszkaniu pusto.

Nie powiem, ale to wszystko już zakrawało o znalezienie (przepraszam za wyrażenie) trupa. Bogu dzięki, że jednak nie. Bo sąsiadka spokojna i sympatyczna.

I tak dwie godziny snu z głowy. Do tego człowiek się rozbudził, pies poddenerwowany, gorąco i spać się nie da. Dziś to ja się czuję wywrócona na drugą stronę.

Ale nic to, ważne, że cała historia skończyła się dobrze.

Pixabay

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Post od tego, co nie jest dobre

Pewnego razu w Rzymie - o tym, że warto się śmiać